Alosza Awdiejew – Wywiad przed koncertem w Nowym Sączu

Alosza Awdiejew – Wywiad przed koncertem w Nowym Sączu
Koncert Aloszy Awdiejewa w Nowym Sączu

Wielokrotnie określa się Pana mianem człowieka-orkiestry. Wiele zainteresowań, wiele pasji. Pan jednak zawsze powtarza, że wszystko można oddzielić od siebie i łączyć tak, by jedno nie przeszkadzało drugiemu. Może zdradzi Pan tajemnicę jak można to osiągnąć?

Człowiek orkiestra to przesada, przypomina mi to egzotycznego muzyka, która gra równocześnie na setkach instrumentów Na scenie po prostu pokazuję coś innego. To czym się zajmuję poza sceną: nauka, sport jest widoczne na scenie w sposób niejawny. To co myślę, kwestie naukowe potrzebne są mi są po to, by nawiązać jeszcze bliższy kontakt w publicznością, która przychodzi na moje koncerty, a ja dobrze znam swoją publiczność. Najważniejsze jest dla mnie to co robię. Mój występ to nie jest koncert, to jest spotkanie z publicznością podczas którego chcę im coś przekazać. Daję im do zrozumienia, że ich szanuję i lubię i że mam im coś fajnego do powiedzenia i to jest moja wszechstronność. Większość występujących tylko występuje, ja spotykam się z ludźmi.

Co sprawia, że młodych ludzi ciągnie do języków wschodniosłowiańskich: rosyjskiego, ukraińskiego, białoruskiego

Przede wszystkim kultury ukraińska, rosyjska, białoruska są bardzo ciekawe. Może nie są bardzo znane ale są wspaniałe. Dlatego wielu ludzi chce się o nich dowiedzieć więcej. Poza tym jest to region bardzo dynamiczny, gdzie wszystko ostatnio się zmienia. Dzieją się tam czasami rzeczy straszne, ale równocześnie interesujące dla młodego człowieka. Co tam się dzieje? Jak się skończy? W jaki sposób się zaczęło? Są to kwestie bardzo ważne dla umysłu, który szuka odpowiedzi na skomplikowane pytania. Ukraina to dla mnie zagadka historyczna. Ukraińcy to wspaniały naród, który chce być niezależny i w ten właśnie sposób budować swój kraj. Można tylko temu przyklasnąć.

W Pana przypadku obserwowanie rzeczywistości nie jest tylko powodem do śmiechu, ale również do głębszych przemyśleń. Czy często śmieje się Pan przez łzy widząc to co nas otacza na co dzień?

Nie mam specjalnego nastawienia pesymistycznego bądź optymistycznego. Życie jest czasem tragiczne, czasem bardzo śmieszne. Najważniejsze jest by widzieć wszystko razem, zarówno śmieszność i tragizm tego życia. Dlatego potrzebne jest specjalne, komiczne spojrzenie na rzeczywistości. Dlatego tym czym różni się satyryk od innego człowieka jest to, że on widzi coś śmiesznego w tym, w czym inni tego nie dostrzegają.

Humor towarzyszy Panu każdego dnia. Kiedyś wspomniał Pan z uśmiechem, że nie zabrał ze sobą na wesele kilku kartek z wydrukowanymi dowcipami, by nie „rozbić” młodego małżeństwa. Czy spotyka się Pan z sytuacjami, że ludzie oczekują od Pana, by uśmiesznił im Pan życie?

Niestety tak. Ludzie, którzy mnie nie znają czekają, że zacznę coś śmiesznego opowiadać, że ich rozbawię. Rzeczywiście był taki przypadek, że przygotowałem takie powiedzonka na temat małżeństwa. Jak je jednak później przeglądałem, okazało się, że są potwornie nieśmieszne, tragiczne wręcz. Jak już ktoś zdecydował się na małżeństwo to chce widzieć perspektywę pozytywną, a nie zabawną i tragiczną. Dzisiaj znalazłem takie powiedzonko amerykańskie: nie boję się terrorystów bo trzy lata byłem żonaty. Nie można mówić takich rzeczy na weselach. Na przykład „W małżeństwie mi nie wyszło: pierwsza żona mnie rzuciła, druga ni”e. Tego rodzaju powiedzonka mogą rozstroić nastawienie. Ludzie się spotykają, zakochują, życie staje się inne, rzeczywistość staje się piękna, a tutaj przychodzą ludzie i mówią, że za trzy lata już nie będziecie chcieli na siebie patrzeć. Nie wiem czy to jest satyra. To jest po prostu psucie ludziom nerwów. Takich rzeczy nie można mówić

Czy muzyka rodzi się podobnie jak humor? Słyszy Pan ją i spisuje, by nie umknęła, czy też tworzy się powoli i dojrzewa, by powstał jej ostateczny kształt?

Nie nazwałbym siebie kompozytorem, jestem folkowcem, uprawiam kulturę ludową: rosyjską, żydowską, polską czasem ukraińską, śpiewając piosenki zbliżone do folkloru miejskiego. Były kiedyś takie czasy gdy nie było telewizji, może to i po części źle, ale ludzie musieli wtedy sami sobie śpiewać, grać, spotykać się, opowiadać historie i to właśnie można nazwać folklorem. Dobrze znamy folklor wiejski. Miejski folklor różni się od niego. Istnieją na przykład piosenki miejskie, więzienne. To bardzo ciekawa twórczość. Znajduję coraz nowsze jego przykłady i chodzi o to, by przystosować je do charakteru muzyki, którą sam wykonuję. Mam wspaniałych muzyków, z którymi na początku robimy opracowanie. Piosenka musi być piękna zarówno pod względem muzycznym, jak również ciekawa pod względem treści. Na końcu trzeba jeszcze wszystko przetłumaczyć na język polski, tak, aby mój widz mógł wszystko zrozumieć. Jest to więc ciągłe poszukiwanie. Na szczęście łatwe i przyjemne, ponieważ cały Internet stoi otworem i znajdziemy tam wszystko: piosenki cygańskie, rosyjskie, żydowskie, ukraińskie, jakie chcemy. Jeżeli przesłucha się wiele takich utworów, powiedzmy tysiąc, to można znaleźć dwa-trzy, które naprawdę się podobają. Wtedy zastanawiam się, jak je przygotować, by stały się ciekawe również dla mojej publiczności. Jest to trudny proces, dlatego, że dążę do tego, by każda piosenka była ciekawa, żeby została w pamięci, aby ludzie chcieli jeszcze raz ją usłyszeć. Znajduję się natomiast w sytuacji dosyć specyficznej bo ta cała stara kultura, piosenki związane w moim wyobrażeniu ze Wschodem, Lwowem, Rosją, romanse, dumki odchodzą w niepamięć. Bo kto teraz to wykonuje? Nikt. Są oczywiście organizowane specjalne koncerty, ale niezwykle rzadko. Teraz króluje popularna kultura amerykańska, atlantycka, powiedziałbym. Ludzie słuchają tych piosenek, jak je nazywamy „dub dub, dub” do tańca. Słuchają zazwyczaj po angielsku, połowy nie rozumiejąc. Na szczęście poezja nie jest skomplikowana, a związana ze znanymi rzeczami: zakochanie, odkochanie, rozkochanie się, różne warianty uczuć. Oczywiście zdarzają się również piosenki zaangażowane: społecznie, politycznie. Zazwyczaj jest to jednak prosta kuchnia codziennego ludzkiego życia.

W jednym z wywiadów wspomniał Pan, że „stan maksymalnej koncentracji w karate, pozbycie się strachu i bólu, niczym nie różni się od natchnienia w poezji”. Czy taki stan można utrzymywać przez całą karierę, czy czasami przychodzą momenty słabości?

Pytanie łatwe i trudne zarazem. Człowiek, który zajmował się sportem zazwyczaj wypracowuje u siebie charakter fightera, osoby, która walczy, nie poddaje się i wierzy w to, że wygrywa nawet w sytuacjach trudnych. To zostaje na całe życie: stosunek do bólu, cierpliwość, wytrzymałość. Człowiek nie jest samolubnym wrażliwcem, którego wszystko denerwuje, drażni. Kocha innych ludzi, przeżył coś i wie jak inni przeżywają. Bardzo szanuję sportowców i dokładnie ich rozumiem. Nie jestem profesjonalnym sportowcem, ale przez cały życie uprawiałem sport i to mi pomaga teraz znosić różne niewygody starości. Czasami nie ma się sił, nie chce się nic robić, ale ja wstaję i robię. Trudno, to jest właśnie sport dla starców: wstać i zacząć coś robić. To jest nieraz trudniejsze niż wygranie walki w karate.

Czy wychodząc na scenę po kilku tysiącach koncertów chce Pan za każdym razem zaskoczyć publiczność czymś nowym, czy może stara się Pan przekazać muzykę taką, którą Pan czuje, która gra gdzieś głęboko w sercu.

Jestem członkiem Piwnicy pod Baranami i moim nauczycielem był znakomity Piotr Skrzynecki, który mówił, że kabaret to nie jest zwykły koncert. W kabarecie najważniejsza jest publiczność i publiczność jest głównym wykonawcą. Jak w kabarecie nikt nie śmieje się i nie klaszcze to nie ma kabaretu. To działa na tej zasadzie. Kiedy wychodzę na scenę, mam nadzieję, że zrobię coś takiego co publiczność rozbawi, rozczuli i zaskoczy, jak Piotr Skrzynecki mówił przerazi. Dopiero dużo później zrozumiałem co to znaczy. Okazuje się, że ciekawy artysta to taki, który zmusza nas do myślenia. Tak jak powiedziała mi kiedyś pewna dama: Pan takie śmieszne rzeczy opowiada, ale w każdej opowieści jest coś tragicznego, że jak się nad nią zastanowić chwilę, to aż chce się płakać. Czyli chodzi o uruchomienie myślenia. Myślenie jest bardzo trudnym procesem i ludzie, jeżeli tylko mogą, unikają go. Najtrudniej jest przygotować się do egzaminu bo wtedy trzeba myśleć, a najbardziej dogodna sytuacja jest wtedy, kiedy człowiek nie myśli, żyje sobie po prostu. Ludzie przychodzą na koncert żeby odpocząć, zrelaksować się, a tutaj ich zmuszają do myślenia, ale trochę jednak trzeba. Może właśnie dlatego ludzie lubią moje koncerty, przychodzą na nie regularnie i po kilka razy. Wielokrotnie słyszałem od słuchaczy, że są na moim występie już czwarty, piaty raz, ale ciągle sprawiają im przyjemność i pytają o kolejny. Czyli wychodzi na to, że mimo to, że człowiek nie lubi myśleć, to jak go coś zmusi do myślenia i zrozumie wtedy coś więcej, to jest bardzo zadowolony. Humor jako taki jest sposobem przemycania czasem bardzo subtelnym myśli, których inaczej nie dałoby się sformułować albo ująć w całość. Są takie żarty czy opowieści, które mają bardzo głębokie znaczenie. Redaktor radia białoruskiego opowiedział mi kiedyś kawał jak Białorusin złapał złotą rybkę. Rybka pyta go o życzenie i Białorusin odpowiada, że chciałby mieć taki duży, czerwony, zaropiały nos, zwisającą do pasa wargę i sterczące, fioletowe, włochate uszy. Rybka odpowiedziała, że bardzo ją zdziwił, bo ludzie zazwyczaj proszą o pieniądze, szczęście, piękno. Białorusin odpowiedział: A tak można? W tym żarcie można opowiedzieć całą historię tych biednych słowiańskich krajów, które bezpośrednio z czasów feudalnych przechodzą powoli do wolnego świata, myśleniem pozostając jednak nadal w tym starym. Muszą wydusić z siebie niewolnika, jak mówił Czechow. To jest dla nas Słowian bardzo dobre powiedzenie. Trzeba odrzucić strach przed państwem, rządzącymi, poczuć się równym człowiekiem. To jest ten kierunek który ja osobiście lubię propagować. Publiczność to mój partner, wszyscy jesteśmy wolni, nie ma cenzury, mówimy swobodnie. Nie chodzi o to, by mówić rzeczy wulgarne, ale każdy ma prawo myśleć i wybierać co jest piękne, a co nie.

Czy koncerty jubileuszowe mają dla Pana szczególne znaczenie, czy w jakiś sposób odróżniają się od innych Pana występów?

Jestem już w takim wieku, że lubię mówić, że każdy mój koncert jest jubileuszowym. Skończyłem 75 lat i od 30 lat występuję na scenie. Jest to dla mnie podsumowanie tego co robiłem przez ten cały okres. Pokazuję to co robię na scenie, tak, aby przede wszystkim publiczność była zadowolona

Czego mogą spodziewać się zatem widzowie na Pana koncercie, który już 4 grudnia będziemy mogli zobaczyć i usłyszeć w Nowym Sączu?

Wróciłem właśnie z występów Piwnicy. Gdy konferansjer zapowiedział mój występ, publiczność aż usta otworzyła ze zdziwienia. Później spytał mnie dlaczego tak zareagowali. Odpowiedziałem, że pewnie myśleli, że już nie żyję. Przede wszystkim chciałbym spotkać się ze znakomitą krakowską publicznością. Zazwyczaj te koncerty są wspaniałe bo krakowska publiczność jest wyrafinowana i bardzo dobrze wie o co mi chodzi, zna mnie i bardzo często przychodzi na moje koncerty, które, jak się złożyło, w Krakowie daję najrzadziej. Od publiczności oczekuję przede wszystkim tego, że przyjdzie i nie będzie się nudziła, a ja postaram się być w dobrej formie i rozruszać ją muzyką, śpiewami, opowieściami. Zauważyłem, że im jestem starszy i mam większe doświadczenie, to mniej staram się wykonywać, a staję się samym sobą i to publiczności podoba się najbardziej. Po prostu nikogo nie udaję, wszystko jest szczere i staram się oczywiście wykonywać utwory jeszcze lepiej od strony muzycznej. Ostatnio grałem na festiwalu żydowskim w Warszawie. Było bardzo duże zainteresowanie, pełna sala. Nie chcieli mnie wypuścić, na co ja zawsze mówię, że jestem stary, zmęczony i chcę już wrócić do domu. Dwie godziny jeszcze wytrzymuję, a pamięć nie zawodzi więc mogę spotykać się z publicznością i coś ciekawego im przekazać.

Dziękuję serdecznie za wywiad

Również dziękuję. Pozdrawiam wszystkich moich słuchaczy i do zobaczenia na jednym z moich koncertów.